Niedziela- dzień pański. Serio? Chyba raczej dzień męki pańskiej. A konkretnie dzień męki pani domu. Wszyscy w bazie. Cały dzień. Roszczenia. Zadania. Prośby i postulaty. Co na śniadanie, co na obiad. Co dziś robimy. Domownicy jak kierowcy bez GPS: gdzie to? gdzie tamto? A Ty chcesz się po prostu napić kawy. W ciszy. Porobić nic. Nie da rady. Trzeba robić. Trzeba robić coś doniosłego podczas tornado. Więc niesiesz swój krzyż i odmieniasz czasownik nieść w formule: nie zniosę tego lub ew. zaraz zniosę jajo.
Niedzielne przedpołudnie
Wypełniłam już śniadaniem 3 brzuchy, zaliczyłam układanie torów kolejowych, sprzątanie dworca pkp, przeprowadziłam 8 mediacji między nieletnimi i rozdzieliłam ich 2 bójki i mniej więcej po rozwieszaniu trzeciego prania, a przed załadowaniem czwartego uświadomiłam sobie, że mam ochotę na kawę. Ot, taka mała, przyziemna rozkosz, chwila dla siebie i takie tam. W końcu, wszyscy eksperci trąbią o wypaleniu rodzicielskim, więc ja tą kawą będę się bronić! To będzie mój bastion, mój punkt oporu, aby móc sama siebie przekonać, że ja dbam o swoje potrzeby (głównie w zakresie 3,5 minut dla siebie ciągu dnia).
Ale najpierw orientuję się, że nie ma żadnej czystej łyżeczki, trzeba rozładować zmywarkę. W międzyczasie: “Mamo on mnie popchnął“, rozdzielanie braci z para-miłosnego uścisku z kuksańcami w roli głównej. Acha zmywarka! No więc wracam na stanowisko pracy. Obieram inną strategię-olewam resztę naczyń, wyciągam jedną łyżeczkę. Trzeba działać, bo zaraz znowu któryś mnie wezwie. Schodzi mąż:
– Co dziś na obiad?
– Jaki obiad, chłopie? Ja tu dopiero oporządzanie kuchni po śniadaniu wykonałam.
– O 12? To co ty robiłaś od rana?
– Nic. Zamów pizzę i nie zapomnij pochwalić mnie przed teściową przy kolejnej okazji.
Obsługa trzeciego dziecka jest ponad moje siły. Więc- kawa, kawa. Oczywiście nie ma kawy w puszce, przecie wiadomo: jak się skończy to nie ma. Uzupełnianie zapasów prowiantu jest oczywiście moją tajemną mocą. Trzeba przesypać. Już wyciągam nożyczki, żeby otworzyć opakowanie… „Mamo, kupa!”. No żesz, kurka wodna! Choć w encyklopedii jest odwrotnie, kupa nad kawą musi być. Kawa ważna, ale kupa pilna.
– Idź po nocnik.
– Ja chcę z mamą.
– No to przynieś do kuchni będziesz robić przy mnie.
Kręci głową, coś burczy pod nosem, ale idzie. Przynosi. Stawia między piekarnikiem a stołem jadalnym.
– Mam! Dziś robię tu [ten to jest król!]. Ale trzymaj mnie za rączkę.
Krajst! Po 5 minutach warowania przy tronie, stwierdzam, że już bym 3 razy tą kawę zrobiła. Wiec po raz trzeci wracam do akcji, nie tracąc kontaktu wzrokowego ze stękającym i kibicując co najmniej jak podczas porodu: „Dasz radę, Kochanie! Jeszcze tylko troszkę!” [muszę kupić śliwki suszone i zrobić mu kompot jutro]. Syn ciśnie na nocniku, ja cisnę na wynik- kawa w 2 minuty. Nieważne zanieczyszczenie atmosfery. Włączam na maksa kuchenny pochłaniacz i oczyszczacz powietrza, doceniając nie tylko ich skuteczność pochłaniania nieprzyjemnych zapachów, ale może przede wszystkim ich głośną pracę, która uniemożliwia dwustronny kontakt werbalny z latoroślami. Nie potrzebuję dystraktorów. “Skup się na kawie. Graj do bramki.”– powtarzam sobie w duchu, zagrzewając się do boju. Nerwowym ruchem oczywiście potrącam puszkę, rozsypuje się kofeinowy proszek. Nic, że się zmarnuje, trzeba się spieszyć. Zamiatam, wycieram co trzeba. Kosz, zlew, gdziekolwiek to usunąć z oczu, zachować naparstek i wsypać do ekspresu. Już, już witam się z gąską, zaraz kawka się zrobi. Jeszcze tylko…
– Mamo, już! Zrobiłem!
No tak. Trzeba wytrzeć. Samoobsługa jeszcze do tego królestwa nie dotarła. Nie ociągam się- myję, pucuję, przecieram. Biegiem do kibla, plusk „pa pa kupko”, myjemy łapy i wracam do gry. Kawa, kawa.
– Mamo, pobaw się ze mną!– prosi starszy syn. No tak, przecie ostatnie 10 minut poświęciłam młodszemu, zrozumiała sprawa, że zazdrości wezbrało się tyle, że nie zbędę go tradycyjnym „za chwilkę”.
– O jaką piękną konstrukcję stworzyłeś. Co to jest?– próbuję grać na czas, cofając się ukradkiem w stronę ekspresu. Ale to jest Timothy Orty, on taki szwindel wyczuje na odległość kilometra, więc wypala z bazuki:
– Dlaczego Ty nigdy nie masz czasu się ze mną pobawić?
Także tego. Kawa musi poczekać.
Do poniedziałku.
P.S. Przemiłej niedzieli w gronie najbliższych. Nie utońcie dziś! Byle do poniedziałku!
Więcej o macierzyństwie non-fiction możecie przeczytać w moich dwóch ulubionych tekstach:
“Bądź matką i nie zwariuj tu człowieku”
Zajebiste!uśmiałam się do łez!?
Zabawnie napisane 🙂 Chociaż aż czuję Twoją frustrację i mam nadzieję, że jednak udało Ci się napić kawy…
U nas niedziele to najczęściej obiad rodzinny u teściów, więc generalnie relaks 😉
Dobre 🙂 fajnie napisane. Choć przyznam, że ja w niedzielę nie mam męki :). Mam po prostu idealnego męża :).
Hahha ale się uśmiałam
Droga Socjomatko, jakbym tam z Tobą była i na tą kawę na wagę złota czekała.
Szczególnie ujęło mnie “trzecie dziecko”. Coś mi się widzi, że nadajemy na podobnych falach 😉
No cóż, ja mam o tyle luksus, że moje dzieci nauczone od małego, iż “Kawa jest niezbędna, do przeżycia. Przeżycia przez dzieci ?”.
Ale reszta – kropka w kropkę 😉
nienawidzę niedziel