zgliszcza

Jak popsułam sobie relacje z fajną teściową?- Część 1.

Temat mojej teściowej jest długi jak Nil i kręty jak górskie serpentyny. Już sama zgubiłam rachubę, ile razy obmyślałam niezawodną strategię na rozwiązanie tego problemu. Sama z kartką papieru. We dwie głowy z mężem. We trzy z siostrą i mamą. We trzy z jedną i drugą kumpelą.  6 głów poświeciło tej kwestii parę ładnych wieczorów. I głów przybywa. Niestety nie są to głowy moich słuchaczy. Oni już mają dość przerabiania tej historii. Przybywa głów smoka- odnóg mojego problemu. Głów, które odrastają jak ogon jaszczurki.

Wypada zacząć od małego wprowadzenia, że znajomość z moją teściową była poprawna do czasu, kiedy nie pojawiły się dzieci.

Do tego czasu nie miałyśmy żadnych sporów, otwartych konfliktów i mniejszych lub większych utarczek słownych. Wręcz byłam pozytywnie zaskoczona, że udało jej się wychować jedynaka na niezależnego faceta, który nie ma potrzeby konsultowania z mamusią wyboru skarpetek, żony czy dania na obiad. To była miła odmiana po moim ex, którego jedynactwo zakrawało czasami na pakt o łączności emocjonalnej z matką. W każdym razie, początki relacji z obecną teściową były naprawdę obiecujące. Żadnych niezapowiedzianych wizyt w niedzielne poranki, wpadania z rosołkami dla synusia czy doradzania, gdzie powinniśmy wziąć ślub i gdzie pojechać na wakacje. Luz blues i generalnie spory dystans, okraszony sporadycznymi wizytami na kawę i interesującymi rozmowami o sztuce współczesnej. To mi się podobało.

Ale kiedy pojawiły się dzieci, babcia bardzo się zaangażowała.

Najpierw T. w 2013, potem M. w 2015. To też mi się podobało. Jak miło, że oferuje swoją pomoc, kiedy mi jest tak ciężko. Zwłaszcza, że nie mogę liczyć na pomoc nikogo innego. Mąż całymi dniami w pracy, Rodzice daleko. Jak dobrze, że ją mam.– myślałam wtedy.

Bywało, że wpadała raz w tygodniu, ale zazwyczaj częściej nawet do 3 razy, zwłaszcza kiedy zaczęłam pracę, kontynuowałam studia doktoranckie, a oprócz tego czekała na mnie sterta naczyń, prasowania i innych zaległości, z których najbardziej dotkliwa była deprywacja senna. Co tu dużo pisać. Był hardcore. Teraz mając już dzieci, które odkleiły się od mojej piersi, aczkolwiek nadal dosyć kurczowo trzymają się moich nóg, nie wiem, jak to ogarnęłam. Na pewno istotny udział w tym powszechnym matczynym zwycięstwie energii życiowej nad rezygnacją i ogłupieniem miała moja teściowa.

Ale w tym samym czasie, kiedy ja ostatkiem świadomości i sił mentalnych podejmowałam najistotniejsze podówczas dylematy: Czy dam radę przespać się w 15 minut, w trakcie karmienia M., a przed jego odbiciem, kiedy T. przymknęło się oko? Co jest istotniejsze- zrobienie kupy czy umycie zębów, bo na obydwie rzeczy na pewno nie znajdę czasu idąc rano do łazienki. Czy uda mi się dzisiaj przez chwilę pogadać w spokoju przez telefon z siostrą, czy uda mi złapać ten moment dopiero za parę dni? Moja teściowa poczuła, że to czas aby przejąć ster, bo ewidentnie kapitana na tym statku dawno zmiotły fale. No bo jak to obiad niezrobiony, pranie niewyprasowane, w domu generalnie syf, kiła i mogiła i jeszcze ta matka. Zupełnie jakby była pijana. Bełkocze coś jak potłuczona, jakaś taka nieogarnięta, niezainteresowana ani najnowszymi spektaklami teatralnymi (których repertuar teściowa zna zazwyczaj z miesięcznym wyprzedzeniem) ani literaturą najnowszą (-Czytałaś tą najnowszą książkę Pilcha, prawda?-. -yyyyyy, co proszę?-), no nawet ostatnio tygodnika opinii nie ma kiedy przekartkować. Choć ona nigdy nie sformułowana tego w ten sposób, trochę tak było. Za bardzo nie wybiegałam myślami poza to co tu i teraz.

I przytakując, aby skończyć jej dywagacje nad prawdopodobną koniecznością przeprowadzenia remanentu w moich garnkach lub uszeregowania moich przypraw zgodnie z zasadą 5 smaków dawałam jej przyzwolenie na wejście do mojego świata.

Nie wiedzieć kiedy (może wtedy kiedy wreszcie przespałam całą noc, co wcale nie było tak dawno temu) ocknęłam się, ze ta fajna, cool teściowa jest powodem, dla którego mam masę kompleksów. Głównie oscylujących wokół tego, że jestem niewystarczająco dobrą żoną (nie podaje kolacji mężowi po powrocie z pracy) i niewystarczająco dobrą matką (nie gotuję według 5 smaków, podaję dzieciom słoiczki i zbyt wiele cukrów prostych w postaci tłoczonych soków, co niechybnie zaowocuje cukrzycą typu I, przytłaczam dzieci nadmiarem miłości i in.).

O ile zarzut niewystarczająco dobrej żony jest dosyć mocno odpierany przez mojego męża i czuję tutaj jego pełne wsparcie w tym zakresie, o tyle zarzut niewystarczająco dobrej matki (choć nigdy nie wyrażony wprost) zdecydowanie bardziej mnie poruszył. Zabrakło orędowników moich zasług. Nagle zostałam sama na placu boju z fajną teściową. Jak do tego doszło?

W Jak popsułam sobie relacje z fajną teściową?- Część 2 opisuję autorską rozkminę.

 

Dodaj komentarz