Najpiękniejsze momenty macierzyństwa

Wszystkie wiemy, że bycie matką to jak jazda kolejką górską bez trzymanki. Włosy targa nam wiatr, a zamiast banana na ustach, na twarzy miesza się przerażenie z ekscytacją. Nie jest łatwo. Najgorzej, kiedy jedzie się z dużą prędkością w dół. Ale na tej trasie są też odcinki magiczne. Pozostawiające Cię bez tchu i słów, abyś nie upraszczała tego co czujesz, próbując to opisać wypowiadanymi lub tylko pomyślanymi słowami. Co najmniej jakbyś otrzymała nagle telegram z nieba, że to wszystko ma sens. To moment jak bańka mydlana, której nieuchronne przebicie oglądasz w slow motion. Czas się zawiesza. Nie ma nic. Tylko Twoje bijące serce.
Mój numer jeden

Mój pierwszy raz to wcale nie pierwsze usg, pierwszy ruch dziecka w brzuchu, ale trzymanie po raz pierwszy swojego dziecka w rękach. Mniej więcej zaraz przed rzuconym na ósmym centymetrze w eter na sali porodowej „ja umieram!”, a po przekazywaniu mężowi szczegółów testamentu.
Właściwie, to ja go nie trzymałam w ramionach. Nawet nie wiem, czy go przytuliłam. Mięśnie rąk odmówiły mi chyba posługi, ale za to inny mięsień ten pod mostkiem był niezmordowany.
Kiedy 2 minuty później okazało się, że nie umarłam, ale najwidoczniej zmartwychwstałam, zobaczyłam cud. Moje dziecko. Przyklejony jak maleńki plasterek. Nie da się tego opisać słowami, ale wiecie o czym mówię. Kosmos i Magia. Miałam wrażenie, że ciało gdzieś odpłynęło. To sprawne narzędzie z całą tą hormonalno-mięśniowo-szkieletową maszynerią wykonało już swoja robotę. Została tylko głowa i serce, z których tylko to drugie było w stanie pomieścić emocje i wrażenia. Z kokonu wyfrunął motyl. Niespełna dwa lata później kolejny. I w ten sposób zostałam świadkiem i współtwórcą dwóch na wskroś realnych i namacalnych cudów.

Mój numer dwa

Pierwszy dzień w przedszkolu. Uśmiech przyklejony do mego lica podtrzymuje ducha zespołu. Staram się rozbawiać dzieciaki, nie zwracając uwagi na coraz rzadsze miny. W końcu następuje moment rozstania. Młodszy M. trzyma kurczowo obydwa swoje rekwizyty- ulubioną przytulankę i ulubiony traktorek. Już Pani macha na powitanie, już słychać zawodzenie maluszków z jego grupy. I nagle M. czegoś szuka. Coś gada po swojemu mocno poruszony, ale nie mogę go zrozumieć przez ten hałas. „Ach! Zdjęcie! Zapomniałam dać Ci mojego zdjęcia!” (mieliśmy umowę, że jeśli będzie mu bardzo przykro, popatrzy sobie na mamę i zrobi mu się lepiej). Grymas. Całusy. Machanie łapką. 5 h wydłużające się psychologicznie do co najmniej 25 i już jestem z powrotem.

Przyjeżdżam, pukam do sali, a tam mój synek. Ze ściśniętym w rączce zdjęciem. Nie wypuścił go nawet podczas spania, ani zabawy na placu zabaw, nawet kiedy mył rączki przekładał z jednej do drugiej, co najmniej jakby chronił największy skarb. Chyba nigdy nie wyrzucę tego zdjęcia.

Mój numer trzy

Środek nocy. Cisza jak makiem zasiał, którą nagle przecina odgłos śpiących stópek próbujących odnaleźć drogę do łóżka rodziców.

– Co tam Kochanie? – pytam T. będąc jak zwykle w stanie pełnej gotowości bojowej na zaspokajanie potrzeb mojego potomstwa, mimo, iż w tym samym czasie nie zbudziłaby mnie nawet syrena pożarnicza.

– A nic. – mówi T. Jak zwykle wylewnie.

– Nie chce Ci się siusiu, albo pić? – mieszam biednemu dziecku w głowie, dając mu sprzeczne komunikaty w środku nocy.

-Nie- odpowiada rzeczowo T. i niezdarnie wdrapuje się do mojego łóżka. Wtula się we mnie niczym mały puzzelek, zapewniając ścisłe przyleganie każdej części zmarzniętego ciałka do moich esów floresów i rzuca ostatnim tchnieniem – Kocham Cię najbardziej na świecie, mamusiu. –

Mój numer cztery

To się dzieje tysiąc razy w ciągu dnia. Przytrzasnę sobie palca szuflada w kuchni, uderzę w kant łóżka, zatnę się nożem. Generalnie dom i okolice to środowisko niesamowicie dla mnie nieprzyjazne. Gdyby gatunek ludzki miał przetrwać dzięki mnie, należałoby wszystko obłożyć watą. Byleby nie cukrową, bo szybko by zniknęła. Straszna ze mnie wypadkowa.

Świadomość, że nie popchnęłabym ewolucji gatunku ani o centymetr na przód jest dosyć dołująca, ale jest coś, co koi moje serce, za każdym razem, kiedy padam ofiarą szuflady, kantu czy innych noży. Dwa, lecące na złamanie karku małe bąble, które niczym erka na sygnale pędzą z pomocą, wycałować gagę. Leczenie kończą nieodzownym pytaniem: „Jus nie boli?”.

Mój numer pięć

Letnie popołudnie. Ja krzątam się po domu, jak zwykle próbując dogonić swój własny ogon. Prawą ręką mieszam zupę, lewą wycieram blat, prawą nogą froteruję podłogę, lewa noga trzyma całą tą chybotliwą konstrukcję zwaną nadpobudliwą matką. Nagle patrzę przez okno, a tam oni w trójkę: W., T. i M. pracują razem w ogrodzie. Żadna tam polska ekipa. Raczej szwajcarska. Jeden kopie dołki, drugi wsadza roślinkę, trzeci zasypuje. Pełna synchronizacja. Pełnia szczęścia. 100% zaangażowania. 100% radości. Są uśmiechy. Śpiewają coś pod nosem i żartują jeden z drugiego. Idylla. Delikatnie przymykam okno, aby nikogo nie spłoszyć i uniemożliwić inwazję szwajcarskiej ekipy na dom. Otwieram wino, siadam na kanapie i podziwiam ten landszafcik z bezpiecznej odległości.

 

A jakie momenty Waszego macierzyństwa są dla Was najpiękniejsze?

3 myśli na temat “Najpiękniejsze momenty macierzyństwa

  1. U mnie do takich momentów zaliczam sytuacje z ostatnich dni. Od niemal 2tyg jesteśmy uwięzieni przez chorobska jesienne w domu 😕 stąd pomysły na zabawę bywają różne.. scigalismy się w popychaniu do mety drewnianych klocków, strzykawkami od syropow.. 🙂 niemal popłakałam się że śmiechu, bo trochę to wszystko wyglądało jak zabawa w Twister z pogonią naprzód, a Maluchy aż dostały czekawek od śmiechu. Zsrzadzilismy przerwę, ulozylismu się na dywanie i cora mówi:ależ ja cię kocham mamo, a synek, : ja tez kocham baldzo cie:)

Dodaj komentarz